blogemocjeodporność psychiczna

Jak radzić sobie żyjąc w czasach szybciej i więcej?

Do napisania tego artykułu zbierałam się dłuższy czas. Temat sam w sobie wydaje mi się niezwykle istotny i przy tym potrzebowałam poprzyglądać się również sobie, by możliwie w najpełniejszym stopniu dotknąć sedna. Czy mi się to udało? Żywię nadzieję, że tak.

Od wielu lat wspieram osoby indywidualne i pracowników różnych organizacji w zakresie tzw. mental health & wellbeing, co w tłumaczeniu na „nasze” odnosi się do wzmocnienia siły i odporności psychicznej, dbania o dobrostan, o równowagę praca-życie poza pracą (work life balance), rozwoju pewności siebie i zarządzania zespołem. Ostatnie półtora roku było bardzo wymagającym czasem chyba dla nas wszystkich. Bardzo często podczas konsultacji, warsztatów on-line, czy coachingów dochodziły do mnie głosy, że tego, co wokół, jest po prostu za dużo. Że ludzie nie nadążają za realizacją zadań na czas, że coraz to pojawia się coś nieoczekiwanego, że mają zawalone mailami skrzynki, że co chwila słychać dźwięk powiadomienia, bo pojawiła się nowa wiadomość lub ktoś odpisał na czacie i „trzeba zerknąć”, że za dużo jest spotkań (z czego wiele z nich nic nowego nie wnosi, a niepotrzebnie zabiera czas), że to wywołuje napięcie, stres, złość, frustrację i szereg innych emocji. A to jest zaledwie jeden puzzel w obrazie całości.

Kolejny puzzel to towarzysząca nam na co dzień technologia. Nie wiem, czy pamiętasz takie czasy (ja wówczas rozpoczynałam życie zawodowe), gdy pracowało się na komputerze stacjonarnym i na nim były zgromadzone wszystkie niezbędne do pracy dokumenty. Komputer włączało się po przyjściu do biura, a wyłączało tuż przed wyjściem. Nawet, gdyby człowiek chciał popracować w domu, to nie bardzo miał taką możliwość (dźwiganie kilkunasto- czy kilkudziesięciokilogramowego sprzętu do domu raz: że byłoby niewygodne, a dwa: trzeba byłoby mieć zgodę „wszystkich świętych”, czyli szefostwa). Później powoli w środowisku biurowym pojawiały się miejsca sieciowe, gdzie można było przechowywać wspólne pliki i mieć do nich dostęp z dowolnego firmowego sprzętu, a kolejny krok to laptopy (najpierw dla kluczowych lub mobilnych pracowników firmy, a z czasem dla pozostałych osób). Z telefonami było podobnie. Tymczasem dzisiaj niemalże normalnością staje się zabieranie sprzętu do domu, co wcale nie ułatwia nam możliwości zadbania o work-life balance. Komu udało się oprzeć pokusie zerknięcia do skrzynki firmowej ok. 21:00 po usłyszeniu dźwięku nadchodzącego maila – temu serdecznie gratuluję.

Następny puzzel to media społecznościowe, gdzie o każdej porze (dnia czy nawet nocy) możemy zaznajomić się z tym, co i u kogo słychać, gdzie oglądamy piękne, poruszające nas zdjęcia i gdzie…widzimy świat…którego tak naprawdę nie ma. Wystylizowane ujęcia, pokazany urywek życia innych osób, który ma zademonstrować głównie to, czego chce nadawca i wywołać w odbiorcy (nas) określone emocje. Czy zdarza Ci się czasem scrollując posty poczuć ukłucie zazdrości, pomyśleć („ta/ten to ma dobrze”, „jemu/jej to się wiedzie”, czy też „ale to odważna osoba, a ja?”). W mediach (nie tylko społecznościowych) coraz więcej pojawia się tekstów-informacji lub wpisów o informacjach od innych (niestety coraz częściej mijających się z wiedzą). Nieoczekiwanie wyskakują nam przed oczami kolejne reklamy z hasłami w stylu: „Limitowana oferta”, „Tylko dzisiaj możesz skorzystać z atrakcyjnego rabatu”, „Dzięki temu Twoje życie będzie lepsze”…. Jak reagujesz, gdy je widzisz? Zaglądasz „tylko na chwilkę”, czy może łapiesz się czasem na haczyk i kupujesz coś, co nie było wcześniej w planach? Albo wchodzisz do sklepu stacjonarnego, a u progu słyszysz „w czym mogę pomóc?” (z nadzieją sprzedawcy w głosie na deal dnia)… Towarzyszy temu ostre światło, głośna muzyka, czasem i tłum Klientów…bo właśnie trafiasz na wyprzedaż…

A to przecież jeszcze nie wszystko, bo…gdzie się nie obrócić, to słychać hasła podobne do „zrób coś ze swoim życiem” (zupełnie jakby nie było „dość” jakieś), „musisz przeczytać tę i tę książkę – koniecznie, to bestseller” (półki księgarni uginają się od dziesiątek pozycji książkowych na ten sam temat i przy tym wątpliwej wartości merytorycznej; czasem mam wrażenie, że są książki o książkach, czyli pisane na bazie tego, co autor przeczytał w innej książce), „bez udziału w tym szkoleniu Twoje życie nie będzie efektywne/szczęśliwe” itd.

Mam nadzieję, że po tym – może nieco długim – wstępie zaczynasz orientować się, o czym będzie dalej. Żyjemy w czasach nadmiaru i przy tym – co paradoksalne – niedoboru.

Na co dzień towarzyszy nam nadmiar pokus, nadmiar informacji, nadmiar przedmiotów, nadmiar możliwości, nadmiar bodźców, pragnień, zadań, oczekiwań, myśli…..eh….

A jednocześnie niedobór – wiedzy (zweryfikowanej), uwagi i uważności, koncentracji, refleksji, ciszy, spokoju, słuchania i bycia….tak jest bycia – tak po prostu….bez działania…bez kręcenia się w kółko za swoim własnym ogonem i łapania zadyszki. I bez…poczucia winy, że w danej chwili najzwyczajniej w świecie siedzimy na kanapie lub w fotelu i odpoczywamy…

Konsekwencją potencjalnego nadmiaru bywa przesyt, zazdrość, agresja, dokręcanie samemu sobie (lub innym) śrubki, poczucie ciągłego bycia w „niedoczasie”, „niedoinformowaniu”, doświadczanie FOMO (fear of missing out, czyli strachu przed tym, że coś nas właśnie omija), czy nomofobii (fobia związana z brakiem dostępu do telefonu komórkowego), cierpimy na infotyłość (nadmierne dostarczanie sobie kolejnych dawek informacji – jak ujął to James H. Morris), przestymulowanie układu nerwowego, wyczerpanie emocjonalne i fizyczne, nasilone odczuwanie lęku, czy pojawianie się dysfunkcji psychicznych, depresji, chorób cywilizacyjnych.

Dalajlama XIV trafnie ujął ten paradoks w słowach:

„Mamy większe domy, ale mniejsze rodziny;
Więcej udogodnień, ale mniej czasu;
Mamy więcej dyplomów, za to mniej sensu;
Więcej wiedzy, ale mniej rozumu;
Więcej ekspertów, a zarazem więcej problemów;
Więcej lekarstw, lecz mniej zdrowia;
Świetnie u nas z ilością, ale słabo z jakością.
Żyjemy w czasach szybkiego żarcia,
Lecz wolnego trawienia;
Wysokich mężczyzn o niskich charakterach;
Pikujących zysków, ale płytkich związków.
To czas, w którym mnóstwo wystawiamy w oknie,
Nie mając nic w pokoju”.

Ależ to mocne i przy tym tak trafnie dotykające sedna.

Nasz umył ma to do siebie, że ciągle chce więcej i więcej. Bardzo łatwo łapiemy się na różne hasła reklamowe (np. „jesteś tego warta”, „poczuj smak luksusu”, „więcej radości z życia”), przekazy podprogowe czy naciski znajomych (nawet tych wirtualnych). Dążymy do tego, co tak naprawdę bywa nam niepotrzebne. Czasem jest też tak, że staramy się za bardzo, siłujemy z życiem (jak to nazywam), zużywamy swoją cenną energię na to, co już dawno nieaktualne lub nadmiarowe, tylko w pędzie życia nie zdążyliśmy tego zauważyć.

Co takiego sprawia, że ciągle chcemy „więcej”?

Odpowiedź na to pytanie odnalazłam w książce „Mózg chce więcej – dopamina naturalny dopalacz” Daniela Z. Liebermana i Michaela E. Longa. Okazuje się, że za ciekawością nieznanego, podążaniem za nowością, za „szybciej i więcej” stoi dopamina. To ważny neuroprzekaźnik syntezowany i uwalniany przez dopaminergiczne neurony ośrodkowego układu nerwowego (za: Wikipedia). Została ona odkryta w mózgu w 1957 r. przez Kathleen Montazu, badaczkę pracującą w laboratorium placówki psychiatrycznej Runwell Hospital nieopodal Londynu.

„Dopamina wzbudza pragnienie czegoś, czego jeszcze nie mamy, goni do wyszukiwania nowych spraw. Jest kluczem do uzależnienia, pcha ambitnego biznesmena do poświęcenia wszystkiego w pogoni za sukcesem, jest paliwem naszych marzeń, ale i źródłem rozpaczy, jeśli się nam nie powiedzie. To z jej powodu gdzieś dążymy i odnosimy sukcesy, przez nią dokonujemy odkryć i polepszamy swoje życie. Przez nią też nie potrafimy niczym zbyt długo się cieszyć. Ona nieustannie zapewnia nas, że zaspokojenie czeka tuż za rogiem: jeszcze jedno ciastko, jeszcze jeden awans, jeszcze jeden podbój. Naczelną zasadą dopaminy jest dopominanie się o więcej. Z punktu widzenia dopaminy posiadanie nie jest interesujące. Liczy się tylko zdobywanie. Dopamina nie zna miary dobrego i nie wie, co to linia mety. Obwody dopaminowe w mózgu pobudza tylko możliwość uzyskania czegoś lśniącego nowością, bez względu na to, jak idealnie wszystko się nam już teraz układa.

Kiedy z niecierpliwością oczekujemy na upragniony zakup, ukierunkowany na przyszłość układ dopaminowy jest czynny i wywołuje podniecenie. Gdy nabyta rzecz znajduje się już w naszym posiadaniu, obiekt pożądania przechodzi do rzeczywistości. Nie ma więc co liczyć na gwarancję, że posiadanie tego, czego tak desperacko pragniemy, będzie nas cieszyć. Pragnienie i zadowolenie wywodzą się z dwóch różnych układów w mózgu i dlatego często nie jesteśmy zadowoleni z tego, czego chcieliśmy.

Dopamina nie zatrzymuje się; narzuca naszemu życiu coraz szybsze tempo. Pracujemy dłużej, więcej mamy notatek służbowych do przeczytania, raportów do napisania, maili, na które należy odpowiedzieć. Końca nie widać. Oczekuje się od nas dostępności o każdej porze dnia i nocy. Kiedy ktoś z pracy czegoś od nas chce, musimy być gotowi natychmiast. Reklamy pokazują uśmiechniętego mężczyznę odpisującego na SMS-y na plaży albo kobietę, która nad hotelowym basenem stuka w ekran komórki, by wywołać podgląd swego pustego domu. Co za ulga! Nic się tam nie stało od czasu, gdy poprzednio sprawdzała, czyli od piętnastu minut. Ma wszystko pod kontrolą.

Dopamina nieustannie gna nas ku otchłani, możliwe, że na skraj naszej zagłady”.

Swoją drogą życie w środowisku nadmiaru utrudnia rozpoznanie tego, co tak naprawdę jest dla nas ważne…

Czy jest na to jakieś antidotum?

Pytanie do Ciebie: Czy kiedykolwiek zastanawiałaś się, ile to dla Ciebie jest „wystarczająco”? O co nie musisz już zabiegać? Zaczynając od najprostszego do określenia, czyli rzeczy materialnych (pieniędzy, książek, butów, torebek, kosmetyków, sprzętów elektronicznych, płyt winylowych, kart zniżkowych, plików w komputerze, zdjęć itd.), przez to, co niematerialne (znajomych, dyplomów, wiedzy, doświadczeń, stanowisk, targetów, ambicji, idei, trendów itd.) i nie tylko. Ile jest to „wystarczająco” dla Ciebie? Na tyle wystarczająco, że już nie potrzebujesz więcej. Że już nie potrzebujesz gonić kolejnej okazji, czy dawać z siebie ponad to, co Twój organizm jest w stanie znieść.

Jak sobie pomóc w czasach „szybciej i więcej”?

Jak to zrobić? Poznaj kilka sprawdzonych przeze mnie osobiście sposobów i wybierz, co przemawia do Ciebie najbardziej.

Uruchomienie szlaku kontroli

Tzw. szlak kontroli wiedzie przez płaty czołowe, czyli tę część mózgu, która odpowiada za logiczne myślenie, podejmowanie wyważonych decyzji na chłodno, hamuje więc przed tym, co wydaje się niemądre. (Swoją drogą, czy wiesz, że płaty czołowe osiągają pełen rozwój dopiero w wieku ok. 25 roku życia? To trochę tłumaczy, dlaczego dzieci i nastolatki częściej niż dorośli działają impulsywnie i podejmują nierozsądne decyzje. Zresztą dzieci, które dużo czasu spędzają na graniu on-line, pobudzającym na maxa dopaminę, mogą mieć trudności z wykształceniem się szlaku kontroli).

Pomocne jest więc planowanie (zarówno dnia pracy, listy zadań do zrobienia, listy zakupów, wydatków, czasu spędzanego w mediach, czasu pracy vs czas prywatny itd.).

Drugą strategią jest wyobrażanie sobie konsekwencji (krótko-, średnio- i długoterminowych) poszczególnych wyborów. „Co się stanie, jeśli tego nie zrobię?”, „Co zyskam, co stracę?”, „Co mnie ominie?”, „Na co mam pełną zgodę?”.

Zarządzanie uwagą

W obecnych czasach to nasz czas i uwaga mają największą wartość, większą nawet, niż pieniądze. Czasu nie da się bowiem odzyskać. Dlatego wiele firm robi co tylko można, by jak najdłużej zatrzymać nas przy ekranie komputera, tableta, telefonu itd. Jeżeli oddamy naszą uwagę i czas ludziom, sprawom i rzeczom mało istotnym, które nic dobrego nie wnoszą, to wpłynie to bezpośrednio na pogorszenie uzyskiwanych przez nas rezultatów, a finalnie nawet jakości naszego życia. Dlatego potrzebujemy nauczyć się zarządzać swoją uwagą.

Pomocne może być wyznaczenie sobie czasu w pracy, który przeznaczamy wyłącznie na realizowanie zadania i w tym czasie wyłączamy wszelkie powiadamiacze (skrzynkę mailową, czaty, social media itd.). Koncentrujemy się wyłącznie na tym, co mamy do zrobienia.

Zarządzanie uwagą można też połączyć z wyznaczaniem sobie priorytetów, czyli najważniejszych zadań do wykonania w określonym czasie.

Profesor Aidan Moran z Uniwersytetu w Dublinie definiuje koncentrację jako zdolność do ukierunkowywania naszego wysiłku umysłowego w obliczu czynników rozpraszających. Możemy ją ćwiczyć np. uczestnicząc w zajęciach jogi, uprawiając sport (np. piłkę nożną), czy nawet podczas zajęć strzeleckich (oczywiście w bezpiecznych warunkach).

Mi bardzo pomaga mindfulness, który praktykuję regularnie od kilku lat (mam w planach napisanie o tym oddzielnego artykułu).

Cieszenie się tym, co już mamy

„Żebyśmy mogli cieszyć się tym, co mamy, a nie czymś, co jest zaledwie możliwe, mózg musi się przestawić ze zorientowanej na przyszłość dopaminy na substancje chemiczne koncentrujące się na teraźniejszości, czyli na zestaw neuroprzekaźników: serotoninę, oksytocynę, endorfiny i związki zwane edokannabinoidami (mózgowa wersja marihuany). Pozwalają nam one rozkoszować się już nie oczekiwaniem, jak dopomina, a bieżącymi odczuciami i emocjami” – wspominają Daniel Z. Lieberman, Michael E. Long w swojej książce.

Pomocną techniką może być więc praktykowanie wdzięczności (np. każdego dnia przed snem przypomnij sobie – a jeszcze lepiej zapisz – z czego już się cieszysz, co już daje Ci spełnienie, co dobrego wydarzyło się danego dnia).

Druga technika to zanurzenie się w teraźniejszości, w tu i teraz. Przykładem może być uważne jedzenie lub uważne chodzenie – praktyka w obszaru mindfulness.

Wprowadzenie minimalizmu

„Mieć mniej nie oznacza mieć zbyt mało, by móc spokojnie żyć. Oznacza natomiast mieć tyle, ile potrzeba – nie więcej. Minimalizm uczy dystansu do posiadania, mądrego nabywania rzeczy i korzystania z nich, upraszczania zamiast komplikowania” – pisze Katarzyna Kędzierska w książce „Chcieć mniej”.

W niesamowity i niecodzienny sposób zagadnienia: nadmiaru i minimalizmu dotyka spektakl, który nie tak dawno miałam przyjemność oglądać. To „Minimalsi”, wystawiany przez aktorów z Teatru ME/ST. Sztuka opowiada o ludziach, którzy mierzyli się z nadmiarem w różnych obszarach swojego życia – począwszy od zakupów, informacji, przez gonitwę myśli aż do oceniania innych i siebie. Każda z postaci opowiada o tym, jak odmieniło się jej życie, gdy zaczęła przechodzić na minimalizm, skupiając się na tym, co niezbędne a przyjemne zarazem. „To sztuka o poszukiwaniu siebie i byciu sobą w świecie, w którym wartości materialne wypierają wartości duchowe. (…) to odpowiedź artystów TEATRU ME/ST na obecną sytuacją na świecie. To próba (…) powrotu do korzeni, odnalezieniu prawdy, która tkwi w każdym człowieku” – możemy przeczytać w opisie spektaklu. Grze aktorskiej towarzyszy muzyka wykonywana na żywo. Jeśli tylko będziesz mieć możliwość obejrzeć ten spektakl osobiście, to gorąco polecam. Możliwe, że poczujesz po nim ukojenie, a do swojego życia wprowadzisz zmiany – na lepsze.

Pamiętam, jak na początku tego roku podjęliśmy rodzinną decyzję o remoncie naszego mieszkania. Oczywiście wiązało się to z wyprowadzką na pewien czas, aby ekipa mogła swobodnie pracować. Gdy zaczęliśmy pakować swoje rzeczy to bardzo namacalnie zdaliśmy sobie sprawę z tego, jak wiele ich posiadamy (a i tak było ich o wiele mniej, niż jeszcze kilka lat temu). Oprócz tych, które określiliśmy jako niezbędne, mnóstwo było też tzw. przydasiów (pamiętasz może takie czasy, gdy w sklepach było niewiele rzeczy i rozsądnym wydawało się gromadzenie dodatkowych sztuk upolowanych łupów na tzw. czarną godzinę?). Wiele z nich okazało się totalnie nie na dzisiejsze czasy – nie ten materiał, design, rozmiar, a i użyteczność już dawno zagospodarowana w innych sposób. Pamiętam, z jaką dokładnością przyglądałam się każdej rzeczy pakowanej do pudła oraz tej, stojącej jeszcze na półce: „czy aby na pewno chcę ją nadal mieć, skoro przez x czasu nie była mi potrzebna?” – pytałam samą siebie. Tym samym wiele półek zostało uwolnionych od zbędnego ciężaru, a nieprzydatne nam rzeczy znalazły nowych właścicieli. Ciekawym odkryciem było dla mnie również to, że rzeczy wywołują różne emocje. Jedne obojętność, inne zachwyt, jeszcze inne niechęć, czy nawet wstręt. Pewnie Cię nie zaskoczę, jeśli dodam, że zostawiłam tylko te, pośród których czuję się przyjemnie, lekko, a czasem ekscytująco. To było i jest bardzo ciekawe doświadczenie, gdy rzeczy nie rozpraszają, a przestrzeń zyskała wolność. Wolę mieć mniej i przy tym, to co mam, to istne perełki.

W ramach wprowadzania minimalizmu warto też przejrzeć listę subskrybowanych newsletterów i anulować te, które nic wartościowego nie wnoszą do naszego życia. Podobnie z social mediami – warto odlubić profile publikujące treści, które przestały nas interesować lub w nadmiernym stopniu nakłaniają nas do kolejnych zakupów lub prowokują do porównywania się, czy wywołują w nas niepożądane emocje (np. zazdrość, poczucie winy, smutek, strach itd.)

MNIEJ przedmiotów to WIĘCEJ wolności.
MNIEJ rzeczy to WIĘCEJ spokoju i radości z tego, co już masz.
MNIEJ toksycznych relacji to WIĘCEJ czasu dla siebie i najbliższych.
Katarzyna Kędzierska – autorka książki „Chcieć mniej”

Podsumowanie

Jeśli chcemy chronić nasz układ nerwowy, zachować (lub rozwinąć) odporność psychiczną, zadbać o jakość życia, poczucie dobrostanu, to prawdopodobnie stoi przed nami ważne zadanie: znalezienie harmonii między pokusami a świadomymi wyborami. To mieszanka, która może skierować nas ku bardziej zrównoważonemu człowieczeństwu.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *